Najpierw postawa. Potem działanie.


    Od początku pokazywałam Wam jak piękny jest Kościół, do którego trafiłam po 15stu latach nieobecności. Jak zachwycający w swym przeznaczeniu, wyzwalający z wszelkich ram światowych, jak uzdrawiający, wspierający i podtrzymujący na duchu, jak stanowczym w swej delikatności. Wprawdzie, Kościół taki jest. Nic co napisałam do tej pory, nie było nad wyraz. 
Ba! Odnoszę wrażenie, że zbyt często brakowało mi słów, aby przekazać Wam jak wielkie dobro i jak cudowna mądrość jest wpisana w byt Kościoła. 
Opatrzność ukazała moim oczom swój pierwotny zamysł z jakim powołał Kościół, jako Mistyczne Ciało Chrystusa. 
 Ujrzałam wątkową wspólnotę ludzi ... grzesznych. 
 Świadomych swych słabości a niekiedy wynoszących właśnie je na piedestał, aby wskazać przy tym, że wszystko co w nich dobre pochodzi z łaski Boga. Oddają chwałę Stwórcy za wszystko co ich w życiu spotyka, zarówno za radość jak i cierpienie. Poznałam ludzi, którzy nie odtrącają krzyża życia, gdy się pojawia, w chwilach najtrudniejszych nie pytają "Gdzie jesteś Boże?", lecz mocno ściskają różaniec. Przy pomocy Bożej mądrości odważnie niosą cierpienie z miłości. Raz po raz upadając pod jego ciężarem, aby przy następnej stacji podnieść się. Nie szukają świętego spokoju, bo wiedzą, że tutaj na ziemi, pogrążonej w tym co światowe, go nie odnajdą. Pokoju szukają w swoim wnętrzu. Zobaczyłam ludzi, którzy w pierwszej kolejności wymagają zmiany na lepsze od... samego siebie, modląc się z najlepszymi intencjami za tych którzy ich upokarzają, gnębią, wyśmiewają... a za takie traktowanie nie chcą odwetu a wspólnego dobra. Poznałam prawdziwych chrześcijan, z iskrą nadziei nawet w cierpieniu. Czuwających nad sobą, gdyż są świadomi, że mają czuwać nad innymi. Nielicznych, ale za to, jak mocnych Bogiem! 
I co dzień dziękuję Bogu za tych ludzi, to Oni pokazali mi, że jest wiara, nadzieja, że jest miłość w nas. Jestem wielką szczęściara, będąc świadkiem takich wspaniałości i to w momencie, skromnie pisząc, nie najlepszym dla Kościoła. 

 I choć pierwotnie nigdy nie miałam zamiaru napisać nic wprost, o samym Kościele, to jednak, tak Opatrzność chciała, by przez różne sytuacje, rozmowy, ludzi, dotknąć zaledwie skrawka problemu jaki dziś wszyscy obserwujemy. 
 I tak to ostatni miesiąc, przyniósł, głęboką i bolesną refleksję nad wspólnotą jaką jest Kościół Katolicki. 

     Gdy wróciłam do Kościoła, nie myśląc o tym, był to pewnego rodzaju odruch, poszukiwałam 
„ t e g o „ co kiedyś, zachwyciło mnie w nim tak bardzo, że aż odbiło swojego rodzaju pieczęć na mojej duszy. Jakby w latach dziecięcych zalakowało ją na ten konkretny, szczególny sposób. Był to Pokój duszy, Prawda sumienia i Sprawiedliwość serc, wyrażane w skupieniu, w ciszy, odbijane w świetle witraży, unoszące się wraz z zapachem mistycyzmu. „Zapachem”, który notabene, gdybym mogła, zamknęłabym w szklanym flakoniku i nosiła w torebce, by będąc w dowolnym miejscu, czy to w pracy, czy w hałaśliwym mieście, czy w podróży, móc wyjąć, zamknąć oczy przed światem i nasycać się, wchłaniać. Tak bardzo ukochałam ten kojący „zapach”, który coraz ciężej jest mi odnaleźć w Kościele. Kościele, który dziś, gdy patrzę na niego z zewnątrz, przypomina mi bardziej potłuczoną szklankę, pełną odłamów, które mocno i skutecznie mogą zranić, już i tak okaleczoną, mniej lub więcej, ludzką duszę i ciało.
Niebezpieczne ze swojej teorii i działania, porozsypywane, ostre odłamki, wewnątrz Jednego Kościoła Katolickiego. 

Jednym z odłamków, jest Kościół, który próbuje jakoś sprostać normom światowym, które jak wiadomo mają szybką tendencję zmienną. Kościół, który chce się dopasować do świata. W tym odłamku, gdy się nad nim pochyliłam, niczym w potłuczonym zwierciadle, ujrzałam wielu Kapłanów, którzy jakby zapomnieli „ubierać się w to co święte” . Głoszą bardziej zasady świata niż Boga. Liczni z nich zapomnieli, o Królowej nieba i ziemi, Najświętszej Maryi Pannie, która zetrze głowę szatana, a gdy czasem pod pewnym naciskiem, przypomną sobie o Matce naszego Zbawiciela, mówią z szacunkiem godnym surogatce lub marysi. Zobaczyłam wielu wiernych, biegających za uzdrowieniami… ciała, nie godząc się na chrześcijaństwo bez mocy, nie godzą się na cierpienie i chorobę. Ludzie celebrujący siebie. Ten odłamek pełen uwielbienia Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie odbija się światłem kolorowych reflektorów. Przykładów mogłabym wymieniać… Pastelowy, nieco protestancki Kościół Katolicki.

Innym odłamkiem jest ten Kościół, który większość z nas zna, pełen pozornego spokoju i nędznej stabilizacji, w którym dla wielu jeszcze Katolików, Bóg jest zamknięty w Kościele, dostępny tylko raz w tygodniu, w niedzielę, lub co gorsza na święta, tudzież z łaski i Miłosierdzia swojego czekający łaskawie na trudne chwile cżłowieka. Poza tym, do codziennego życia nie ma wstępu. W codzienności pomiędzy jedna a druga rozrywka, pochłonięci zarobkiem, wyszydzamy z Boga, którego już prawie w naszych sercach nie ma. Znam osoby, które świadomie spychają Boga z własnego życia, choć w Niego wierzą. Boga dawcy ich życia, twórcy ich codzienności, którą maksymalnie wypełnia, zamykają na cały tydzień w kościele. Traktując Go jak tradycję, obowiązek, czy w drugą stronę, ucieczkę przed własnym życiem, problemami a czasem swoją własną rodziną. Są też osoby, które przez lata siedząc w ławce, słuchając, nie poznali. Nie poznali Jezusa Chrystusa… 
… a może niezależnie od odłamków szkła, w którym się znajdujemy, lub w którym się przeglądamy, powinnam napisać, nie poznaliśmy? 
Nie poznaliśmy też siebie. Gdyby tak było, Kościół byłby "czysty". Bo już dawno przeszlibyśmy ból i zawstydzenie wynikające ze świadomości swojej nędzy, głupoty, pyszałkowatości. Widzielibyśmy jasno, jak zapatrzeni potrafimy być w siebie, jak bardzo pragniemy górować nad innymi. 

Z zamysłu Boga powstał Kościół. Dla ludzi. Święty kościół, oddany w ręce grzesznych i błądzących ludzi. Zapewne w odwiecznej historii Kościoła nie jeden duchowny i świecki przytwierdził swoje, prywatne, często jednak bezużyteczne frędzle, do jednej stałej i niezmiennej Drogi jaką szedł Kościół od początku swojego powołania przez Chrystusa, by następnie powiedzieć: " Kościół to nasze dzieło " Nie. Nie jesteśmy jego twórcami. Częściej jednak niszczycielami, ponieważ psujemy owoce, które pochodzą od nauki Chrystusowej, często jesteśmy niszczycielami nawet samego dzieła Chrystusowego. Niszczymy Kościół, dzieło Jezusa, swoimi rękoma i naszymi umysłami. Z Prawdy, pomnażanej w Kościele (zbyt często) bez szacunku i wiary nie wznoszonej ku Bogu, uczyniliśmy dla siebie samych zagrożenie. Uczyniliśmy formułkę a nie formę życia. Religie chcieliśmy przystroić tym co zbędne, wiarę która ma moc góry przenosić i działać cuda zaczęliśmy analizować z ludzka ograniczonością, lub tylko tej strony pożądać, świętości profanować. Wszystko chcieliśmy wyjaśnić bez odnoszenia się do Boga. W efekcie skompromitowaliśmy siebie samych. Uznaliśmy się za równych Bogu, a nawet za wyższych, kiedy od zwierząt różnimy się jedynie darem mowy. Do Bożego zamysłu jakim był Kościół, dla nas, wsadziliśmy same skrajności, albo zbyt dużo naszej ludzkiej ciasnoty, skostniałych schematów lub niczym w odbiciu krzywego zwierciadlana, frywolności; 
uczonych obrzędów, lub prostej, przyjemnej nauki do strawienia, 
ciszę zastąpiliśmy dudniącą muzyką, 
światła witraży reflektorami a za mało, zbyt mało, o jak mało m i ł o ś c i popartej czynami. 

    Jednak to musiało się wszystko wydarzyć i wiele jeszcze musi się stać, bo tak zostało przepowiedziane: „ Nie ma pokoju, nie ma dostatku, dzieci Moje są porozrywane. Jest wielki bój o każdą duszę ludzką i jest nędza duchowa, jakiej od dwóch tysięcy lat nie było, i tyle jest skłóceń, zamętu, wrogości. To co widzisz jest pozorną prawdą, jak wszystko, co materialne i spostrzegane zmysłami ciała. Jest wielki bój i ostatni etap dopiero zobaczą oczy ludzkie. A upadek szatana i sług jego będzie wielki. I zginie, i odejdzie to, co nie jest z Boga. I zginie w bólu świat ciemności. I ból rodzenia otworzy Moje światło, i napełni świat miłością i pokojem ” 

Tak... to co tutaj Wam napisałam, to pozorna moja, ludzka prawda. Ta prawdziwa i jedyna P r a w d a , o nas, mogłaby być bardziej przerażająca. Jednak dziś jestem, jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, ufna i radosna. Bo po ciężkim miesiącu, dowiedziałam się, że: To co w prawdzie jest z Jezusa Chrystusa, nie zginie. O to, niech mnie głowa nie boli 😉 … a wszystko, co święte, niebawem, zajaśnieje blaskiem Jego chwały i zwycięstwa. 
Kończy się czas naszego pozornego spokoju i nędznej stabilizacji i rodzi się nowe życie w Jezusie Chrystusie.

To, dziś ujęte w pozornej prawdzie, czy jesteś wierzący czy niewierzący, obserwujesz, patrząc na Kościół Katolicki.

Komentarze

Popularne posty