Spacer do Boga




Naszą jednodniową pielgrzymkę, Lulek
nazwał "spacerem do Boga". Miał taka swoją intencję, żeby w zbliżający się piątek pani dentystka nie wyrwała ząbka, bo on wszystkie swoje ząbki lubi. Dla niego to ważne to i dla mnie b.ważna intencja. 

Znam swojego synka, jego odporność, to że każdy duży wysiłek fizyczny przypłaca krowtokiem, znam jego zalety i wady, możliwości i fanaberie, ale to co dał mu "spacer do Boga" zaskoczyło mnie samą.
W nocy przed pielgrzymką w łóżku spał tylko ponad godzinę. Nie chciał zasnąć, kotłował się, budził, co chwilkę pytał z entuzjazmem "czy to już?" " a teraz już?" Nigdy - przenigdy nie czekał na żaden park rozrywki tak jak na pielgrzymkę. Choć wiedział tylko, że się długo idzie, modli i śpiewa. Czy to brzmi ciekawie dla dziecka, sama nie wiem. A jednak tak czekał, że zasnąć nie potrafił.
Obudziłam go o 2giej w nocy. W totalnej ciemności  nocy i mojej nieoświetlonej ulicy niosłam go na rękach do sąsiadek, z którymi jechaliśmy. W autokarze też nie chciał zasnąć, nawigował przemiłego Pana kierowcę, wyglądał gwiazd na niebie i zachwycał się jak to wszystko pięknie wygląda nocą. Mocno spóźnieni, wyskoczyliśmy z autobusu, załadowaliśmy wszystkie taboły na wózek i ruszliśmy.
Nie miał żadnych zabawek, kredek, książeczek. Nic czym mógłby zająć sobie tę długą wędrówkę. Na trasie nawet nie zapytał o telefon, którym zawsze umila sobie czas spędzony w podróży.


Na popołudniowej mszy, na której nie usiadział spokojnie ani chwili jak w wózeczku, nie uszedł  uwadze Pielgrzymów, Ksiedza i Biskupa, który z radością patrzył na wszytskie pielgrzymujące dzieci. Po mszy pielgrzymi podchodzili do Lu i pytali co mu się stało, że taki spokojny a na mszy wulkan energii. Śmiali się, żartowali, mówili że może będzie księdzem. Ten huh żart, słyszę już od pewnego czasu nawet w rodzinie... i kto tam wie, kto z kościelnego nicponia wyrośnie. 


30km spędził siedząc, przekręcając się, lub śpiąc w każdej możliwej pozycji od szczupaka do piąsteczki, w niewygodnym wózeczku, z którego wyrósł 2 lata temu. Gdy doszliśmy do naszego celeu, totalnie pognieciony cały się trzęsąc wstał z sinymi, podkrążonymi oczkami. Widząc go w takim stanie myślałam, że jeszcze moment i krew buchnie mu z nosa. Pomyślałam, że to jednak dla niego było zbyt ciężkie. Zaczęłam sie zadręczać siedząc ze wzrokiem wbitym w mrówki i mech, ale po chwili podniosłam głowę do góry i zobaczyłam taki moment, który uwieczniła pani fotograf na tym zdjęciu. 


Biegał szczęśliwy w rozproszonym od liści słońcu, wyglądał przepięknie, tak lekko - jak motylek. 
A na koniec w autokarze, zapytał kiedy znowu idziemy.

Ten pięcioletni chłopiec ostatnio tak po prostu podszedł do taty i z radością podziękował za... życie. Na drugie imię, ma Lucio czyli Światełko. I  naparwdę jest taką latarnią morską dla nas rodziców. Uczy nas tego, o czym zbyt często zapominamy zajęci bardzo dorosłymi sprawami. Uczy nas wdzięczności, uczy nas cierpliwości i tego, że życie jest dobre.

Jestem wdzięczna Maryji i Józefowi, że tego akurat dnia pozwolili mi dostrzec te wartości, których nie dostrzegałam i zrozumieć, że czasem muszę trochę odpuścić i po prostu pozwolić mu być dzieckiem.

Komentarze

Popularne posty